Dom biały. T. 2 (Kock Paul)
Strona 10
mego ani widać. — Siódma dochodzi! ij zaczynam się czuć zmordowanym.
— A mnie jeść się chce, odpowiada Alfred — widać że tych gór powietrze do trawienia pomaga. "
Dwaj przyjaciele nie mogą się wstrzymać od śmiechu, widząc wzdychającego i oglądającego się smutnie w około, nowego bogacza. Idą jednak, wychodzą z drożyny, spostrzegają wieś nad jeziorem i kierują się ku niej.
— Dowiemy się w tej wiosce, o moim zamku; woła Robino.
— I przekąsim, dodaje Alfred — bo przechadzka apetytu nam dodała.
— Piękna tez to w istocie przechadzka! pewny jestem., ze musieliśmy ujść ze trzy mile drogi, błądząc lak po świecie!
Zbliżają się do brzegów jeziora, nad którem wieś jest zabudowana; wieśniacy siedzą przed domami, staruszki przędą,
dziewczęta szyja, dzieci bawią się i walają po ziemi.
— Trochę są opalone, odzywa się Alfred patrząc na dziewczęta; mimo tego; wszakże nieszpetne... oczy pełne ognia... ząbki białe;... ubranie oryginalne, z tych słomianych kapelusików włożonych na bakier i podwiązanych pod brodką, wyglądają jak Angielki. No! chodźmy, chodźmy — wątpię, żebyśmy tu oberżę znaleźli, trzeba więc, jak starożytni rycerze, prosić tych poczciwych ludzi o gościnność!.. z tą tylko różnicą, że zapłacim za to, co weźmiem, co niebardzo jest wprawdzie po rycersku, ale bardzo słusznie. "
Wchodzą do jednego z najpozorniejszych domków; mieszkańce spoglądają na nich z ciekawością i dobrocią.
— Czy nie możecie, dać nam jeść cokolwiek? powiada Alfred, a my zapłacim, to się samo z siebie rozumie!