Dom biały. T. 2 (Kock Paul)
Strona 11
— Możemy! czemu nie — natychmiast, choćbyście i nie zapłacili, nam o to nie idzie!
— Otoż widzicie panowie, powiada Edward, że dotąd jeszcze prawa gościnności istnieją... ci Judzie nas nie znają... a jednak chcą nas darmo nakarmić.
— O! bo też wiedzą pewno że zapłacim — odzywa się Robino.
— Więc nie wierzysz, panie Juliuszu, w cnoty patryarchalne?
— Zmiłujcie się!... we wszystko uwierzę, jak tylko mój zamek zobaczę!... Powiedzcie nam, poczciwi ludzie, jak się ta wieś nazywa?
— Ajda (Ayda) — mój panie.
— Ztąd do Sę't'Aman jak daleko?
— Dobre dwie mile!
— To dowodzi, żeśmy chodząc kilka godzin, nic jednak nie uszli!
— Do stołu! do stołu! panowie!
Dano jaja, ser młody i stary, mleko i owoce; trzej młodzi siadają na ławach; wieśniacy stoją w około; napróżno Alfred zachęca ich żeby siedli; poczciwe Auwernijaki wzbraniają się a Robino myśli sobie: — Dobrzem zrobił, żem kupił posiadłość w Auwernii, lud jak widzę jest grzeczny.
Dwoje dziewcząt od lat 15 do 16 usługują podróżnym, nalewają, podają im owoce, chleb i mleko, uśmiechając się i kłaniając co chwila.
— Wcale niczego, odzywa się Alfred patrząc na nie; podług mnie, wolałbym zawsze widzieć za sobą takie miluchno dziewczęta, jak naszych pleczystych hajduków, gadułów i szpiegów;... ot, ty Robino, powinieneś cały. swój dom z takich złożyć dziewczątek... będą ci służyć sułtanowi!
— Tak to ci się zdaje, ale jakże można