Dom biały. T. 2 (Kock Paul)
Strona 14
mnie!... lecz teraz przynajmniej spokojniejszy już jestem!.. Zresztą, mój kochany, powiedz mi, jak daleko z tąd do mego zamku?
— Tak! lekkie trzy mile...
— Trzy mile!.. a którędyź iść mamy ? — O! teraz!.. do licha... to samemi ubocznemi drogami, naprzód do Szadra, potem do Sę't'Aman, a ztamtąd na miejsce...
— Szczęście to nasze będzie, kiedy zajdziem przed nocą!.. muszę ich wprzódy poszukać.
Robino wychodzi z chatki, pytając po drodze o swoich towarzyszów; pokazują mu na brzegu jeziora; bieży, i spostrzega wkrótce Edwarda siedzącego na brzegu i piszącego cóś w pulares, a Alfreda, dalej nieco, tańcującego z dziewczynką przy odgłosie piszczałki, na której gra jakiś chłopiec.
— Chodźmy! i chodźmy panowie, wkrótce i ciemno już będzie — woła Robino, lecz Alfred tańcuje, Edward nieprzestaje pisać.
— Djabeł ich opętał! mruczy znowu zniecierpliwiony dziedzic, zbliżając się do Edwarda, i uderza go po ramieniu wówczas właśnie, kiedy on odczytuje zrobione wiersze.
— Panie Edwardzie! trzeba nam iść dalej!
Edward patrzy mu w oczy i deklamuje:

— Co za mile ustronie !... roskoszne jezioro!
Jak tu miło wieczorną odpoczywać pora!...

— Ale!.. hm ! powtarzam, ze już niedaleko do nocy!..

Na te góry olbrzymie, nieprzebyte skały,
Oczy mieszkańców tylko spokojnie patrzały.

— Jeszcze mamy iść dobre trzy mile po tych nieprzebytych skatach, mój panie.

— Lecz dla serca czułego, dla serca poety,
Ileż to miejsce, ma wdzięków, zalety!...