Dom biały. T. 2 (Kock Paul)
Strona 3
łacie się!... zboczym z drogi!... sto razy więcej nachodzim się niż potrzeba."
Alfred i Edward nie słuchają go. Biegną naprzód, i zatrzymując się na wierzchołku góry, wołają: Co za kraj!...
jak urozmaicone przyrodzenie!... Tu nieprzystępne skaty; góry dzikie, grunt wapienny, wyrzuty wulkaniczne; u nóg naszych zieleniejące iaki, winnice, pola, drzewa owocami okryte!...
— Chodźmy wyżej! woła Edward, zdaje mi się, że na wierzchołku tej góry zboże spostrzegam... ciekawemby to było...
— "Trzeba się temu przypatrzyć!" odpowiada Alfred idąc za Edwardem i oba szybko drapią się na skaty, biegnąc, skacząc, śmiejąc się; Robino zaś zostawszy się na dole, wyrabia straszne miny, mówiąc: Zdaje misie, panowie, że tam mego zamku niema na tej górze.... Jak się u mnie rozgościcie, będziecie sobie mogli
latać, ile się wam podoba!... To zupełnie bez sensu męczyć się tem ciągłem łażeniem!..."
Dwaj przyjaciele idą a idą — wchodzą nareszcie na płaszczyznę, zdającą się blisko na milę rozciągać, na której w istocie, znajduje się obszerne pole. Zajęci tak przepysznem położeniem, Alfred i Edward zatrzymują się, uśmiechają się, są uszczęśliwieni! Kiedy uczucie szczęścia w naszej się odezwie duszy, staramy się je przedłużyć i utrzymać. Człowiek tak rzadko jest w teraźniejszości szczęśliwym! i zawsze prawie karmi się tylko nadzieją.
Robino z miną politowania godną, usiadł na wierzchołku skały, i spogląda na swoich towarzyszów wzniesionych o 20 sążni, nad jego głową. Alfred woła go, żeby przyszedł do nich: "Chodźże no!.. to cudowne....; widać cały kraj w koło!